W pustyni i w puszczy, zakończenie, str. 2

322 Odwrotna podróż rozpoczęła się, po należytym wypoczynku i kąpielach w ciepłych źródłach, na trzeci
reklama sms dzień. Był to zarazem dzień rozstania się z Kalim. Staś przekonał małą, że ciągnąć go z sobą dłużej, do oceanu albo też do Egiptu, byłoby z ich strony samolubstwem. Mówił jej, że w Egipcie, a nawet i w Anglii, Kali nie
będzie niczym więcej, tylko sługą, paodczas gdy objąwszy
panowanie nad swym narodem rozszerzy i utwierdzi, jako król,
chrześcijaństwo, złagodzi dzikie obyczaje Wa-himów i uczyni z nich
nie tylko ucywilizowanych, ale i dobrych ludzi. To samo mniej więcej powtórzył i Kalemu.
Wylało się jednak przy pożegnaniu mnóstwo łez, których nie
wstydził się i Staś, albowiem i on, i Nel przeżyli przecież z Kalim
tyle złych i dobrych chwil i nie tylko nauczyli się oboje cenić jego
poczciwe serce, ale pokochali go szczerze. Młody Murzyn długo leżał u nóg swego bwana kubwa i dobrego Mzimu.
Dwukrotnie powracał, by jeszcze popatrzeć na nich, ale wreszcie chwila rozłączenia nadeszła i dwie karawany ruszyły w dwie przeciwne strony. W czasie drogi dopiero rozpoczęły się opowiadania o przygodach dwojga małych podróżników. Staś, trochę niegdyś skłonny do chełpliwości, teraz nie chełpił się wcale. Po prostu zbyt wielu rzeczy dokonał, zbyt dużo przeszedł, zbyt się rozwinął, by nie miał rozumieć, że słowa nie powinny być większe od czynów. Było zresztą dość samych czynów, choćby opowiadanych jak najskromniej. Co dzień, w czasie upalnych „białych godzin” i wieczorami na postojach – przed oczyma kapitana Glena i doktora Clarego przesuwały się jakby obrazy tych zdarzeń i wypadków, przez które przeszły dzieci. Widzieli więc porwanie z Medinet-el-Fajumu i straszną drogę na wielbłądach przez pustynię – i Chartum, i Omdurman, podobne do piekła na ziemi – i złowrogiego Mahdiega.
Gdy Staś opowiadał, co odrzekł Mahdiemu, gdy ów namawiał go do
zmiany wiary, obaj przyjaciełle powstali i każdy z nich uścisnął silnie
prawicę Stasia, po czym kapitan rzekł:
– Mahdi już nie żyje!
– Mahdi nie żyje? – powtórzył ze zdumieniem Staś. – Tak – ozwał się doktor.– Zatchnął się własnym tłuszczem, czyli inaczej mówiąc umarł na serce, a panowanie po nim objął Abdullahi. Nastało długie milczenie – Ha – rzekł Staś – nie spodziewał się, gdy nas wyprawiał na zgubę do Faszody, że śmierć pierwej jego dosięgnie. Po chwili zaś dodał: – Ale Abdullahi jeszcze od Mahdiego okrutniejszy. – Toteż zaczęły się już bunty i rzezie – odpowiedział kapitan – i cała ta budowa, którą wzniósł Mahdi, musi prędzej lub później runąć.
W pustyni i w puszczy, zakończenie, str. 2 fragment 20

2008-10-27 10:45:06