W pustyni i w puszczy, rozdział 22, str. 5 |
Księżyc nie rozjaśniał głębin wąwozu, ale w górze migotały roje
nieznanych gwiazd. Powietrze stało się tak chłodne, że Staś zbudził
się, otrząsnął senne odrętwienie i począł troszczyć się o to, czy chłód
nie dokuczy małej Nel.
Lecz uspokoił się przypomniawszy sobie, że zostawił jej pod
namiotem na wojłokach pled, który Dinah zabrała jeszcze z Fajumu.
Przyszło mu też na myśl, że jadąc od samego Nilu ciągle, lubo
nieznacznie, pod górę, musieli przez tyle dni zajechać już dość
wysoko, a zatem do krajów, w których febra nie grozi już tak jak w
niskim łożysku rzeki. Dojmujący chłód nocny zdawał się potwierdzać
to przypuszczenie.
I myśl ta dodała mu otuchy. Podszedł na chwilę pod namiot, by
posłuchać, czy Nel śpi spokojnie, po czym wrócił, siadł bliżej ognia i
znów począł drzemać, a nawet zasnął głęboko. Nagle zbudziło go warczenie Saby, który poprzednio ułożył się do snu tuż przy jego nogach. Kali ocknął się także i obaj poczęli spoglądać niespokojnie na brytana, który wyciągnięty jak struna, nastawił uszy i łopocąc nozdrzami wietrzył w stronę, z której przybyli, wpatrując się zarazem w ciemność. Sierść zjeżyła mu się na karku i grzbiecie, a piersi wzdymały się od powietrza. które warcząc wciągał w płuca. Młody niewolnik dorzucił co prędzej suchych gałęzi na ogień. – Panie – szeptał – wziąć strzelbę! wziąć strzelbę! Staś wziął strzelbę i wysunął się przed ogień, by widzieć lepiej mroczną głąb wąwozu. Warczenie Saby zmieniło się w urywane poszczekiwanie. Przez długą chwilę nie było nic słychać, po czym jednakże do uszu Kalego i Stasia doleciał z odległości głuchy tętent, 141 jakby jakieś wielkie zwierzęta biegły szybko w stronę ognia, Tętent ów odbijał się wśród ciszy echem o skalne ściany i stawał się coraz głośniejszy. Staś zrozumiał, że zbliża się śmiertelne. niebezpieczeństwa. Ale co to być mogła? Może bawoły, może jaka para nosorożców, która szuka wyjścia z wąwozu? W takim razie, jeśli huk strzału nie spłoszy ich i nie zawróci, nic nie uratuje karawany, albowiem zwierzęta te, nie mniej złośliwe i napastnicze od drapieżnych, nie boją się ognia – i roztratują wszystko po drodze. Gdyby to był jednak jaki oddział Smaina, który natknąwszy się na trupy w wąwozie, ściga morderców? Staś sam nie wiedział, co byłoby lepsze prędka śmierć czy nawa niewola? Przebiegło mu przy tym przez głowę, że jeżeli sam Smain znajdzie się w oddziale, to ich może oszczędzić ale jeśli go nie ma, to derwisze albo zamordują ich natychmiast, albo, co gorzej, umęczą ich przed śmiercią w okrutny sposób. „Ach – pomyślał – daj Boże, żeby to były zwierzęta, nie ludzie!” Tymczasem tętent rósł i zmienił się w grzmot kopyt – aż na koniec z ciemności wyłoniły się błyszczące oczy, rozdęte chrapy i rozwiane od biegu grzywy. W pustyni i w puszczy, rozdział 22, str. 5 fragment 40 |
| 2008-10-20 11:04:02 |
Inne artykuły :
- W pustyni i w puszczy, rozdział 20, str. 2
- W pustyni i w puszczy, rozdział 30, str. 3
- W pustyni i w puszczy, rozdział 35, str. 2
- W pustyni i w puszczy, rozdział 38, str. 2
- W pustyni i w puszczy, rozdział 41, str. 4
- Pierwsza wizyta - I TRYMESTR CIĄŻY
- Boccaccio - Sokół
- Prus Lalka, Tom 1 rozdział 16
- Krasicki, Monachomachia, pieśń 3
- II Konferencja Polski Rynek Mieszkaniowy 2008